Byliśmy na polskiej premierze nowego Clio. Jest prawie idealne

Polska premiera Renault Clio V generacji odbyła się w Karkonoszach, w okolicach Karpacza, na chwilę przed rynkowym debiutem. Sprawdziłem, czy kolejna generacja bardzo popularnego na naszym rynku przedstawiciela segmentu B jest równie dobra, co poprzednik. Co z tego wyszło?

Jak to było dawniej?

Producent chwali się, że do tej pory sprzedał 15 milionów egzemplarzy małego Clio i jest to wynik co najmniej zacny. Wszystko zaczęło się w 1990 roku, kiedy to światło dzienne ujrzała pierwsza generacja. Był to następca słynnego już modelu Renault 5, który zapisał się w historii między innymi jako genialna rajdówka. Ówczesna nowość była również dość kanciasta i prosta wizualnie, ale taka była wtedy moda. Wtedy również nie było ograniczeń w normach emisji spalin i producenci nie musieli napinać się tworząc silnik o pojemności poniżej 1 litra, dlatego też w topowej odmianie lądowała jednostka 2.0 16 V o mocy 147 KM z momentem obrotowym 175 Nm. Taki silnik w lekkim blaszanym pudełku czynił z odmiany Clio Williams prawdziwego potwora. Dowód? Prędkość maksymalna 230 km/h w samochodzie, który waży mniej niż tonę rozbudza wyobraźnię.

Kolejna generacja była stylistyczną rewolucją i krokiem w stronę nowoczesnych kształtów. Praktycznie, oprócz zbliżonych gabarytów, nie miała żadnych cech wspólnych z protoplastą. Wspólne było jedynie szaleństwo w topowych odmianach. Dwulitrowy prawie 150-konny silnik w pierwszej generacji był ciekawy, ale Renault Clio V6 to po dziś dzień chyba najbardziej zwariowany projekt auta z segmentu B, który wszedł do seryjnej produkcji. Jednostka napędowa V6 o pojemności 3 litrów i mocy 254 Km (w odmianie Phase II) była umieszczona za plecami kierowcy oraz pasażera i potrafiła rozpędzić małego mieszczucha od 0 do 100 km/h w 5,8 sekundy. Prędkość maksymalna – 250 km/h. Coś wspaniałego…

Potem była już nuda i utrata charakteru na rzecz spełniania norm i zachcianek klientów. Oczywiście trudno o to winić Renault – taki rynek. Na szczęście w topowej odmianie trzeciej generacji była jednostka 2.0 16V generująca 197 KM, co w takim aucie robi robotę i potrafi podnieść ciśnienie. Czwarta generacja również oferowała w topowej odmianie 200 KM, ale krzesanych z silnika 1.6. I tutaj wreszcie pojawił się stylistyczny wyraz, coś naprawdę miłego dla oka, po lekko bezpłciowej „trójce”. W piątej generacji Francuzi wzięli co najlepsze z czwórki, nie eksperymentowali i dodali kilka nowoczesnych smaczków i dodatków. 

Cukierek albo psikus!

Stylistyczne eksperymenty i gwałtowne zmiany aparycji nowych generacji nie zawsze, a w zasadzie nigdy nie wychodzą producentom na zdrowie. Ot, tak to już bywa – ludzie preferują spokój i systematyczność. Najlepszy przykład? Volkswagen Golf i Passat, który z generacji na generację zmienia się nieznacznie, a i tak bije rekordy popularności. Najgorszy przykład? Choćby z podwórka Francuzów – Renault Espace. Nie znam raportów sprzedaży, ale czy piękny skądinąd nowy Espace jest częstym widokiem na drogach? Śmiem wątpić. A pomiędzy poprzednią a obecną generacją jest stylistyczna przepaść. To nic, że na lepsze. To nic, że auto wygląda świetnie. Po prostu tych, którym podobał się poprzednik lub w ogóle byli jego posiadaczami, nowa generacja onieśmieliła swoim ekstrawaganckim wyglądem. Renault z modelem Clio nie mógł podobnie ryzykować.

I nie zaryzykował. Do stylistyki podszedł ostrożnie i z umiarem godnym producenta z Wolfsburga. Jedni mogą kręcić nosem zarzucając im tchórzostwo, ale niech lepiej zejdą na ziemię, wydorośleją i zrozumieją, że tak działa dzisiejszy rynek. Szczególnie, jeśli na tapet bierzemy auto, które się świetnie sprzedaje, jest lubiane i nikt nie chce tego zepsuć. I nie zepsuli! Już poprzednia IV generacja wyglądała rewelacyjnie i odważnie (po nudnej „trójce”), zaś w piątej mamy wszystko co najlepsze + wiele ciekawych stylistycznych zabiegów. Poza tym, spoglądając na nową odsłonę, nikt nie ma wątpliwości, że jest to Clio. I tak miało być!

Przednie światła są charakterystyczne dla nowej linii stylistycznej marki tj. litera L, lub jak woli Renault, litera C, stworzona z elementów świetlnych, rzuca się w oczy i od razu identyfikuje markę. Duży grill z jeszcze większym logo jest ładnie narysowany, linia boczna to – wypisz wymaluj – Clio. Z tyłu wstawiono bardzo ładne klosze lamp o zgrabnej grafice wewnętrznej. Nie ma co prawda charakterystycznej dla Megane lub Talismana listwy świetlnej połączonej z diamentowym logo, ale może to i lepiej? Dzięki temu w małym Clio tył wygląda lżej i mniej poważnie. Całość, w połączeniu z żywym kolorem pomarańczowym, czerwonym lub niebieskim jest jak cukierek. Trochę kobiecy? W odcieniu jasnoniebieskim lub pomarańczowym troszkę tak, ale ciemnoniebieski lub czarny z pakietem R.S. Line ma w sobie sporo wyrazu i nie jest już tak definiowany.

Nowa jakość wnętrza

To nie jest przesada czy też lukrowanie. Nowe Renault Clio we wnętrzu zmieniło się diametralnie. O ile wygląd zewnętrzny nie wymagał aż tak daleko idących zmian, tak we wnętrzu mamy niemal rewolucję.

Zupełnie inna stylistyka, moim zdaniem bardzo poprawna, idzie w parzę z dużo lepszą jakością materiałów oraz nienagannym spasowaniem, a jak wiemy, w Renault bywało z tym różnie. Tu nie ma się do czego doczepić, miejsca jest w bród zarówno z przodu, jak i z tyłu, a w bagażniku wygospodarowano aż 390 litrów przestrzeni. To rekord w tej klasie. Ba! To wszystko przy mniejszych wymiarach nadwozia – auto jest krótsze i niższe od poprzednika. To zasługa nowej platformy podłogowej CMF-B, która pozwoliła na tak pozytywne zmiany.

Na chwilę obecną to chyba najlepiej zaprojektowane we wnętrzu – stylistycznie, jakościowo i przestrzennie – auto z segmentu B, które za chwilę trafi na rynek. Konkurencja ma poważny problem…

Oferta silnikowa

Oferta silnikowa nie wzbudza specjalnego zachwytu, bowiem nie znajdziemy tam nic zaskakującego. Podstawową jednostką, dostępną tylko z bazowym wyposażeniem będzie silnik 1.0 SCe generujący 65 KM. Nawet jak na auto miejskie jest to dość mało do sprawnego podróżowania. O wiele lepszym wyborem będzie turbodoładowana wersja tej jednostki tj. 1.0 TCe o mocy 100 KM. W połączeniu z 5-biegową skrzynią manualną (dlaczego nie 6-biegową?) oferuje bardzo przyjemne doznania z jazdy i nawet przyzwoite spalanie, choć w okolicach Karkonoszy trudno o oszczędną jazdę.

Do wyboru będzie również przekładnia bezstopniowa X-Tronic, jak również wariant z fabryczną instalacją gazową. Ciekawą alternatywą jest silnik 1.3 TCe o mocy 130 KM z automatyczną przekładnią EDC. Tu już emocji nie powinno zabraknąć. Dla tych, którzy planują częste podróże przygotowano silnik wysokoprężny 1.5 Blue dCi o mocy 115 KM z 6-biegową skrzynią manualną.

Co i za ile?

Na pierwszy rzut oka jest niedrogo, ale studiując cennik oraz składowe wersji wyposażenia, można poczuć pewien niesmak. Tu właśnie pojawia się ten pryszcz na pięknej twarzy modelki. Gdyby nie on, byłoby świetnie, a tak… trochę psuje odbiór całości. Do rzeczy. Otóż najtańsze Renault Clio dostaniemy za 46 900 złotych. Będzie to model z silnikiem 1.0 SCe o mocy 65 KM. I byłoby to nawet do przyjęcia, w końcu może to być samochód tylko do miasta, na zakupy lub do odwożenia dzieci do szkoły, ale wyposażenie ma spore braki. Owszem, w podstawie Life znajdziemy już lampy Full LED, czujnik zmierzchu, pakiet systemów wspomagających kierowcę z aktywną kontrolą i utrzymywaniem pasa ruchu, systemem wspomagania nagłego hamowania czy funkcją rozpoznawania znaków drogowych, ale brakuje np. klimatyzacji czy nawet podstawowego, najtańszego radia. W jakim celu te oszczędności? Wydaje się, że jest to chęć grania na liczbach i ogłaszania, że najtańsze Clio jest już za 46 900, a konkurencja startuje od ponad 50 000 złotych.

Ale w dzisiejszych czasach auto, nawet z segmentu B, bez seryjnej klimatyzacji (oczywiście manualnej) oraz podstawowego radia, jest po prostu wybrakowane. Nie wiem, czy te elementy można dokupić jako opcje, ale jeśli zdecydujemy się na wyższy stopień wyposażenia Zen, a tam jest już wszystko, co potrzebne, musimy również wybrać silnik 1.0 TCe o mocy 100 KM. Cena? 56 400 złotych, a to już więcej niż konkurencja. Owszem, to już żonglowanie wyposażeniem, mocą silnika, jeden ma więcej tego, inny więcej tamtego, ale ten zgrzyt z podstawowej wersji pozostaje i moim zdaniem, jako podstawę powinniśmy brać właśnie to: Renault Clio w wersji Zen z silnikiem 1.0 TCe 100 KM. Ta pozycja za 46 900 złotych moim zdaniem się nie liczy.

A jeśli zabierzemy się za ocenę wersji Zen, owszem, jest ona droższa na przykład od Peugeota 208 w wersji Like z silnikiem PureTech o mocy 75 KM, ale w Renault dostajemy o 25 KM więcej oraz wyposażenie, w którym mamy już klimatyzację manualną, system Easy Link z ekranem 7 cali, 16-calowe felgi, wszystkie szyby sterowane elektrycznie, chromowane akcenty oraz kierownicę obszytą skórą (ekologiczną). A to już więcej niż wspomniany Peugeot 208. I tu rozumiem wyższą cenę tego wariantu. Po co więc ta kombinacja z tą biedną podstawą?

W wersji Intens, która startuje od 62 900 złotych otrzymamy dodatkowo klimatyzację automatyczną, nawigację, kartę Renault Hands Free, system wspomagania parkowania tyłem, cyfrowy panel wskaźników o przekątnej 7 cali, światła przeciwmgielne oraz pełne światła LED do jazdy dziennej w kształcie litery C (lub L – jak kto woli), prawdziwą skórę na kierownicy, automatyczne światła drogowe, elektrycznie składane i regulowane lusterka oraz 16-calowe aluminiowe felgi. W wersji usportowionej R.S. Line dostaniemy dodatkowo zupełnie inną tapicerkę we wnętrzu, sportowe fotele, kierownicę, zmienione zderzaki i wiele elementów stylistycznych. Zwieńczeniem całości są 17-calowe felgi i muszę przyznać, że całość prezentuje się świetnie.

Jak się tym jeździ?

Jak autem z segmentu B – jest zwinne, żwawe (z silnikiem TCe 100), idealne do miasta, ale w trasie również nie ma kompleksów. Moim kompleksem i fobią była jednak 5-biegowa skrzynia, która w mojej opinii sprawia, że trudno skorzystać z potencjału auta. Każdy bieg jest wydłużony, przez co można odnieść wrażenie, że autu brakuje elastyczności. To tylko wrażenie, gdyż silnik świetnie wkręca się na obroty, a trzy cylindry dzielnie ciągną już poniżej 2000 obr./min, ale… gdyby to była 6-biegowa przekładnia, byłoby genialnie. A nie jest. Szkoda.

Niczego nie mogę za to zarzucić zawieszeniu, gdyż te wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jakość dróg w Karkonoszach i okolicach Karpacza woła o pomstę do nieba, a Clio bardzo dzielnie wybierało nawet duże nierówności. Wiele razy złapałem się na tym, że widząc dziurę, której nie miałem już szans ominąć, zaciskałem zęby i przymykałem oczy w oczekiwaniu na mocne łupnięcie i… miękkie „pum pum” i koniec. Żadnego trzasku, wyskakiwania plomb z zębów czy bólu kręgosłupa. Zawieszeniowo Renault Clio jest po prostu świetne. Komfortowe, genialnie wyciszone, ale zwinne i „jędrne”, pozostawiając kierowcy spory margines do zabawy.

Czy warto?

Pomijając podstawową, chyba przez pomyłkę wrzuconą do cennika wersję, zdecydowanie tak. To genialny przedstawiciel segmentu B, który na chwilę obecną nie ma sobie równych i konkurencja, chcąc przybliżyć się do Clio, będzie musiała zaoferować coś ekstra. A w topowych odmianach Intens oraz R.S. Line (w tej się zakochałem), nie brakuje niczego! Dodatkowo możemy dostać wielki, ponad 9 calowy ekran dotykowy, system wspomagania parkowania z kamerą 360 stopni (!!), podgrzewane fotele i kierownicę… czego chcieć więcej w aucie miejskim?

Powiązane artykuły