Co zrobić, gdy mały hothatch jest za gorący?

Posiadanie samochodu sportowego można uznać za jedno z największych marzeń fana motoryzacji. Zamiast pudełkowatej bryły minivana – ciekawa, podostrzona stylistyka. Zamiast kierownicy sprawiającej wrażenie, że pomiędzy nią i kołami jest spora warstwa budyniu – precyzyjne i angażujące prowadzenie. Jeszcze kilka obszarów „fajności” sportowych aut mógłbym wymienić. A później przychodzi zderzenie z rzeczywistością.

W swoim życiu miałem okazję testować trochę małych sportowych samochodów. Nie zbliżam się nawet do doświadczenia, jakie ma w tej materii Jeremy Clarkson czy James May, ale kilkoma sobie pojeździłem. I o ile na samym początku byłem totalnie zajarany prowadząc np. takie Renault Clio RS Trophy czy Forda Fiestę ST, to po pewnym czasie zaczynały nachodzić mnie myśli „jak bardzo lubię swoje prawo jazdy?”. Bo do tego sprowadza się posiadanie hothatcha na co dzień – do balansowania na granicy zdrowego rozsądku, aby nie stracić uprawnień do prowadzenia samochodów. Bo taki 200-konny hothatch aż prosi, aby pojechać nierozsądnie. Podczas przyspieszania z obrotami lecącymi do odcinki pięknie „pierdzi” z wydechu, a jego bezpośredniość układu kierowniczego sprawia, że nie ma innej opcji, niż postrzegać każdy kolejny zakręt jako wyzwania.

I to na dłuższą metę może być męczące – świadomość, że ma się taką super maszynę, pozwalającą w zakrętach i na prostych na naprawdę dużo, ale bez nadmiernego ryzyka można wyciągnąć z niej około 5% potencjału. Ewentualnie 7%. Za to sportowa charakterystyka hothatchy powoduje, że nawet wykorzystując mały ułamek możliwości, trzeba liczyć się z twardym zawieszeniem i zwiększoną głośnością w kabinie.

Dlatego fajnie, że na rynku wciąż istnieją małe samochody, które są sportowe, ale w rozsądnym stylu. Jako przykład podam tutaj Suzuki Swifta Sport, którym jeździłem jakiś czas temu. Auto z zewnątrz wygląda, jak mały potwór mający przynajmniej 200 KM. Żółty lakier, szczelnie wypełniające nadkola felgi, pseudo włókno węglowe na zderzakach i progach. Tymczasem pod maską tej fury siedziało rozsądne 140 KM. Przy masie 999 kg taka moc musi być postrzegana inaczej, niż w przypadku np. zestawienia jej z dużym, rodzinnym kombi. Zapewnia ona fajną dynamikę, ale o żadnym drogowym potworze nie ma w przypadku takiego Swifta Sport mowy.

To mi się spodobało, bo jeżdżąc głównie w mieście mogłem pokręcić silnik do odcinki dłużej niż 3-4 sekundy – bo tyle w typowych hothatchach trwa zazwyczaj czas, w którym osiągamy prędkość grożącą w terenie zabudowanym konkretniejszym mandatem. Czułem, że dostaję więcej niż w zwykłym hothatchu, a dodatkowo wykorzystuję sporą część potencjału, który oferuje silnik, robiąc to bezpiecznie. W Swifcie Sport niestety nie towarzyszyły temu praktycznie żadne efekty akustyczne, bo samochód brzmiał zupełnie cywilnie. To mi się z kolei nie spodobało, bo wolałbym, gdyby to auto oferowało chociaż trochę bardziej rasowe brzmienie – no ale na co dzień coś takiego dawało gwarancję braku irytacji.

W ten sam rozsądnie-sportowy sposób zestrojony został układ kierowniczy i zawieszenie. Fajnie żywiołowy sposób prowadzenia i trochę utwardzona praca amortyzatorów pozwalały mi poczuć w pewnym stopniu sportowego ducha, ale generalnie jeździło mi się tym samochodem tak, jak normalnym hatchbackiem. Tzn. gdy np. nie miałem ochoty na szaleństwa, to odpalałem sobie ten utwór:

I jechałem na pełnym relaksie. Gdy chciałem trochę podostrzyć, to na cuda nie mogłem liczyć, ale w warunkach miejskich czy na podmiejskich zakrętach i tak czerpałem z jazdy frajdę. Czułem jednocześnie, że możliwości samochodu trzymają mnie w odpowiednich ryzach.

Dlatego odpowiadając na pytanie zadanie w tytule – najlepiej jest odpuścić typowe hothatche. Są na rynku samochody, które mają w sobie pierwiastek sportowca, ale odpowiednio wygładzony. Na potrzeby tego tekstu podałem jako przykład Suzuki Swifta Sport, ale to nie jest jedyne wyjście. Jest np. Volkswagen up! GTI, czyli malutkie, leciutkie autko o fajnym charakterze. Do niedawna można było kupić mojego ulubieńca, czyli Renault Twingo GT – ale używkę czy niedobitki salonowe też można jeszcze dorwać. Są wersje ST-Line u Forda, który nawet w standardzie tworzy jedne z najlepiej prowadzących się hatchbacków.

Te fury trzeba kupować świadomie – bo jeśli ktoś oczekuje od nich „hothatchowatości”, to się rozczaruje. Będą one wtedy dla takiej osoby za wolne, za miękkie i za ciche. Ale realnie oceniając ich możliwości, mogą dać one więcej pociechy na co dzień, niż ponad 200-konny potwór. Bo będą po prostu przyjaźniejsze. Ja tak mam, że testując hothatcha pierwszego dnia jestem podekscytowany, a ostatniego emocje opadają – bo wiem, że nie mogę wykorzystać tego, co mi daje. Tymczasem jeżdżąc takim hothatchem na pół gwizdka – daje mi on może wyjściowo trochę mniej frajdy, ale potrafi ten poziom przez cały czas utrzymywać.