Bestia na co dzień? Volkswagen Golf R 2.0 TSI 310 KM DSG 4Motion – TEST

Mając najostrzejszego hothatcha w całej palecie Volkswagena i mieszkając w Warszawie, nie jedzie się nim na drugi koniec miasta. Nie planuje się podróży na naszpikowane ograniczeniami do 50 km/h tereny podmiejskie. Aby sprawdzić taką furę, trzeba wybrać się w jeden z dwóch najlepszych regionów, jakie oferuje Polska pod kątem drogowym – w góry albo na Mazury. W przypadku Golfa R rzuciłem monetą i po chwili już wiedziałem, że czeka mnie podróż na południe.

Zanim o wrażeniach z jazdy opowiem, wypada odpowiedzieć na porcję pytań o Volkswagenie – takich, na które ktoś zainteresowany tym samochodem chciałby poznać odpowiedź, albo chciałby, ale jeszcze o tym nie wie.

1. Czy Golf R to sleeper?

Sleeper, czyli w „fachowej” terminologii samochód, który dużo może na drodze i zawstydzi zdecydowaną większość konkurentów, ale nie daje tego po sobie poznać. Volkswagen Golf R właśnie trochę takim sleeperem jest, bo niewprawne oko nie dostrzeże w nim potwora mającego 310 KM pod maską, tylko ładnie wyglądającego Golfa. Takiego, który nie zdradza dokładnie co może zrobić na drodze – chociaż pokazuje, że też „bieda wersją” nie jest.

Mnie charakter tego samochodu z zewnątrz się spodobał, bo po prostu jego nadwozie uznaję za bardzo atrakcyjne. Uważam też, że nie każdy samochód musi być ostentacyjnie ostry, a do Volkswagena, czyli maki historycznie kojarzącej się z rozsądkiem i „technicznym” designem – taki projekt nadwozia pasuje.

2. Jaki rodzaj oświetlenia oferuje testówka?

Kupno Golfa R oznacza, że bez żadnych dopłat otrzymujemy najbardziej dopasione światła LED Top z przodu i również diodowe lampy tylne, z dynamicznymi kierunkowskazami. Całość ma wyrazisty, nowoczesny wzór i prezentuje się po zmroku naprawdę świetnie.

3. Ile sportu czuć we wnętrzu?

Przyznam, że mało – jak na mój gust za mało. W przypadku Golfa R mamy kabinę, która z grubsza wygląda tak jak wnętrze każdego Golfa, po prostu dobrze wyposażonego. Tu i ówdzie dostrzec można detale zdradzające z czym mamy do czynienia – zalicza się do nich logo R na kierownicy i na fotelach czy wstawki imitujące włókno węglowe na desce rozdzielczej. Są to jednak tak jak wspominałem, detale. Kabina ogólnie wygląda moim zdaniem bardzo dobrze, ale fakt zostaje – zbyt cywilnie.

4. Czy obsługa jest taka, jak na VW przystało?

Zdecydowanie i oznacza to, że mamy bardzo klasyczne rozlokowanie instrumentów pokładowych, wszystkie z nich są klarownie opisane i ich obsługę łapie się bardzo szybko. Właściwie zaraz po wejściu do samochodu można poczuć się jak w domu.

5. Czy warto dopłacić do elektronicznych zegarów?

Kosztują one nawet w topowej wersji 2360 zł ekstra, ale moim zdaniem kupując taki samochód, warto jest za nie tyle dać. Dostajemy bowiem bardzo czytelny i funkcjonalny zestaw wskaźników, który można personalizować w zależności od potrzeb np. pomiędzy tarczami wsadzić dużą mapę.

6. Czy obsługa gestami na sens?

W kilku miejscach systemu inforozrywki Golfa pojawia się mała ikonka rączki. Sygnalizuje ona, że na danym ekranie korzystać można z gestów, machając ręką przed wyświetlaczem. Dzieje się tak np. w menu głównym czy w miejscu, gdzie można zmieniać piosenki. Reakcja na gesty działa z grubsza OK, ale czasami jest chimeryczna, a ograniczenie miejsc ich stosowania sprawia, że szybciej można zrobić to co chcemy dotykając ekran. Z gestów zatem – poza kilkoma razami w celach testowych – nie korzystałem.

7. Jak wypada jakość wykonania?

Bez zarzutów. W górnych częściach kokpitu dominują miękkie, miłe dla oka tworzywa. Tam gdzie pojawiają się twarde materiały, też mają one przyjemną fakturę i na łączeniach nie wydają żadnych niepożądanych dźwięków.

8. Jak prezentuje się kluczyk?

Tak jak w wielu innych modelach Volkswagena czy innych marek z grupy VW – czyli mało ekscytująco. O ile jego ogólny design nie porywa, to odbiór całości ratuje trochę logo R w dolnej części, które sygnalizuje, że ten konkretny pilot służy do otwierania ostRej wersji Volkswagena, a nie np. jakiegoś modelu ze słabym dieslem pod maską.

9. Jak kabina wygląda w nocy?

Stylowo, ponieważ łączy się w niej biel na instrumentach sterujących, niebieskie LED’owe paski na drzwiach i rozproszone, białe oświetlenie np. przestrzeni na nogi. Ogólny styl podświetlenia jest stosunkowo prosty, ale przez mnogość dekoracyjnych źródeł światła i przyjemną kombinację kolorystyczną – siedziało mi się w tym aucie naprawdę przyjemnie gdy zaszło słońce.

10. Ile jest miejsca z tyłu?

Przy swoich 185 cm wzrostu nie miałem problemów z tym, aby znaleźć kilka centymetrów zapasu zarówno nad głową jak i na nogi. Wygodna podróż z tył Golfa R mogłaby być jedynie komplikowana, gdybym siedział tam centralnie, przez mocno wystający tunel środkowy.

11. A jaką przestrzeń oferuje bagażnik?

343 litry o regularnych kształtach. W kufrze testówki nie zabrakło też paru praktycznych dodatków, takich jak kieszenie w nadkolach, uchwyty na różnego rodzaju torby czy gniazdko 12 V.

12. Ile testowany egzemplarz kosztuje?

Volkswagen Golf R ma w standardzie wszystko, co jego układ napędowy ma do zaoferowania najlepszego. Oznacza silnik 2.0 TSI 310 KM, automat DSG i napęd na wszystkie koła 4Motion. Z dodatków otrzymujemy również chociażby klimatyzację, światła LED Top, aktywny tempomat czy 18” aluminiowe felgi – i wtedy za Golfa R zapłacić trzeba 174 500 zł. Aby był on doposażony tak jak testówka, kwota powiększyć się musi do około 202 000 zł, a za różnice względem ceny bazowej dostajemy nawigację, dostęp bezkluczykowy, lakier metalik, większe felgi czy elektroniczne zegary.

Trochę już o Golfie R wiadomo – czas ruszyć w drogę…

Pierwszy etap podróży tradycyjnie prowadził z okolic siedziby Wjechało, ku wylotówce z Warszawy. Pokręcenie się trochę po terenie zabudowanym pokazało mi, że Golf to bardzo przyjazny pod kątem widoczności samochód. Regularne kształty nadwozia i spore szyby sprawiały, że testowe przejazdy po parkingach czy ciaśniejszych uliczkach nie wywoływały u mnie żadnego stresu związanego np. z szansą wystąpienia jakiejś obcierki. Dlatego nawet nie doskwierał mi fakt, że testówka nie wyposażona została w czujniki parkowania, a tylko kamerę cofania – o kiepskiej jakości. Bardziej mnie on dziwił, bo kupując furę za ponad 170 000 zł można spodziewać się takich rzeczy w standardzie.

Nie zaskoczę nikogo stwierdzeniem, że pod kątem dynamiki testówka pozwalał mi wykonywać bez obaw wszelkie miejskie manewry. Pozwalała też rozstawiać po kątach inne samochody na wszystkich światłach, na których się pojawiłem. Golf R oferuje sprint do 100 km/h w czasie 4,6 sekundy – co jest konkretną wartością, a dzięki napędowi na cztery koła bardzo płynnie przekazuje on swoją moc na asfalt. O wyrywaniu kierownicy z rąk czy innych sensacjach nie było mowy. Po ustawieniu samochodu w tryb normalny, nie czułem się jednak przesadnie kuszony przez Golfa do harców. W tym trybie układ kierowniczy się wygładza, podobnie jak zwieszenie, reakcja na wciśnięcie pedału gazu i generowany dźwięk. Wciąż czułem na normalu potencjał samochodu, ale był on na tyle dobrze zakamuflowany, że spokojnie mógłbym podróżować Golfem R po Warszawie na co dzień… o ile zaakceptowałbym spalanie na poziomie 10-11 litrów, bo takie wyniki uzyskiwałem jadąc w dzień pracujący przez Warszawę. I robiąc to spokojnie – korzystając z możliwości 310 KM spokojnie mógłbym wskoczyć w okolice 15 litrów.

Wjeżdżając na drogę krajową 7, która miała doprowadzić mnie aż na południe, zresetowałem komputer pokładowy, ale samochód zachowałem w trybie normalnym. Ponieważ DK7 coraz bardziej zamienia się w S7, ani się nie obejrzałem, a już znajdowałem się na ekspresówce za Grójcem. Dotarłem tam zrelaksowany, odprężony, czasami nawet zapominający w jakim samochodzie się znajduję. Głównie buczący dźwięk wydechu przypominał mi o potędze pod prawą stopą, ale inne elementy samochodu – zachowywały się zupełnie cywilnie. No…może trochę zawieszenie jeszcze pokazywało z jakiej – twardszej – gliny ulepiona była testówka. O ile jednak nie czyniło ono z Golfa R poduszkowca, to całkiem skutecznie neutralizowało mniejsze nierówności. Dopiero na jakiś bardziej zauważalnych przełomach czy koleinach sprężystość i niskoprofilowe opony dawały o sobie znać. Jakieś drobne niedoskonałości asfaltu nie były przeze mnie wyczuwalne, w czym miały zasługę też fotele. Dobrze wyprofilowane, wygodne, stosunkowo miękkie – jak na hothatcha nawet bardzo miękkie.

Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy w lusterku w końcu zobaczyłem pojazd, z którym Golf R jednoznacznie mógłby przegrać pod światłami. Jako, że odbyło się to już na ekspresówce, to o żadnym wyścigu spod świateł nie było mowy – ale gdyby doszło do starcia Volkswagen vs Lamborghini, byłbym bardzo ciekaw różnicy w ich przyspieszaniu. Po tej przygodzie kontynuowałem odprężającą jazdę, na którą składała się też wzorowa stabilność – niskie zawieszenie i też umiarkowane gabaryty samochodu sprawiały, że żadne podmuchy wiatru nie były mu straszne. Tak samo brak luzów na kierownicy i spory opór stawiany w pozycji „0” powodował, że o żadnym myszkowaniu nie było mowy. W końcu o mój komfort psychiczne dbało 310 KM, bo wiedziałem, że o ile nie muszę ich używać cały czas, to jeśli będę chciał wskoczyć na lewy pas, to nie muszę szukać większych luk czy okazji. Wystarczyłoby wrzucić kierunkowskaz, wcisnąć pedał gazu i już katapultowałbym się tam, gdzie bym chciał. Ponieważ jednak rzadko z tego korzystałem, oszczędzając siły na tereny górskie – spalanie przy rozsądnej jeździe bez przekraczania dozwolonej na drogach ekspresowych prędkości, oscylowało wokół 7,5 litra.

Wjeżdżając na tereny górskie uznałem, że żarty się skończyły, a tryb Normal wypada zastąpić Race. Jeden ruch palcem znacząco odmienił zachowanie Golfa R na drodze, a ja już zdecydowanie nie czułem się jak w zwykłym egzemplarzu tego modelu. Wyjeżdżając na górskie serpentyny silnik trzymał wysokie obroty, cały czas będąc gotowy do zwiększania prędkości. Co następowało przy każdym muśnięciu pedału gazu. Na wyjściu z zakrętów i przyspieszaniu do odcinki dozwolone 90 km/h pojawiało się na prędkościomierzu błyskawicznie, a towarzyszył temu piękny basowy dźwięk – wieńczony zbyt mało wulgarnymi strzałami z wydechów przy odcince. A nawet nie strzałami co burknięciami. Zwiększanie prędkości nie było obarczone żadną walką o przyczepność – 4Motion dbało o to, aby samochód cały czas był stabilny.

I był, bo zawieszenie nie dopuszczało do pojawienia się jakichkolwiek przechyłów, a układ kierowniczy dawał mi poczucie bardzo dużej kontroli nad autem w zakrętach. Łuki pokonywałem w granicach rozsądku – w końcu znajdowałem się na publicznej drodze i ryzykować nie zamierzałem, ale i tak robiłem to dynamicznie, czując jakie jeszcze rezerwy ma Golf R. Ten samochód dopiero można odpowiednio skatować na torze, na drogach publicznych nie jest to możliwe. Jazdy nie utrudniał mi również automat DSG, który płynnie i niezauważalnie zmieniał przełożenia, w żaden sposób nie ograniczając potencjału silnika.

Nie będę ukrywał – przejażdżka Golfem R w górach na długo zapadnie w mojej pamięci, ale też nie była ona aż tak wyjątkowa, jak myślałem, że będzie. Wynika to z faktu, że testowany Volkswagen to niesamowity, maksymalnie dopieszczony pod kątem technologicznym samochód, któremu brakuje jednak pewnej brutalności, jakiej można oczekiwać od hothatcha. Zawieszenie Golfa R jest dostatecznie twarde, aby zapewnić mu świetne właściwości trakcyjne – ale nie jest tak twarde, bym czuł się jak w bolidzie. Układ kierowniczy pozwala świetnie kontrolować samochód – ale wciąż czuć w nim cywilne DNA i trochę wygładza on reakcje auta na ruchy kierownicą. Nie pogarsza to właściwości jezdnych, ale nie buduje wyścigowego klimatu. Jedynie silnik w tym zestawieniu jest brutalny tak, jak trzeba – bo dynamika jaką oferuje w trybie Race powoduje wyjątkowo satysfakcjonujące wbicie w fotel, bez żadnych „ale”.

Komu zatem poleciłbym ten samochód? Na pewno osobom, które poszukują auta maksymalnie dopracowanego technicznie i dającego ogromne możliwości – zarówno na prostych, jak i zakrętach. Takim, dla których to jest priorytet i nie aż tak bardzo potrzebują bardzo ostrego charakteru, bo liczy się efekt np. w uzyskaniu odpowiedniego czasu na torze. Jest to też super propozycja dla tych, którzy chcą mieć przyjazną na co dzień rakietę. Przez swój stosunkowo wyważony charakter, nie jest to jednak idealny samochód dla tych, którzy oczekują po hothatchu bezkompromisowej brutalności na każdym kroku.

Powiązane artykuły