Systemy półautonomicznej jazdy powinny nazywać się obecnie drinking assist

Technologia wkracza do motoryzacji coraz śmielej i nikt już nie pyta „czy” kiedyś samochody będą jeździły same, a „kiedy”. W chwili obecnej jeszcze te czasy nie nastąpiły, a w ramach okresu przejściowego producenci implementują w swoich samochodach systemy tzw. „półautonomicznej jazdy”. Czy warto zatem dopłacić za tego typu rozwiązania?

Rozważania na ten temat zacznę od stwierdzenia, że półautonomiczna jazda jest świetna – przez pierwsze 7 minut. Tyle bowiem trwała u mnie mniej więcej ekscytacja faktem, że samochód sam pokonuje zakręty i utrzymuje prędkość, a ja musiałem jedynie co jakiś czas lekko ruszać kierownicą, aby uspokoić elektronikę, że jestem widzem jej pokazu, a nie scrolluję Insta umarłem. Jazda w trybach półautonomicznych jest jednak generalnie dosyć monotonna i po paru minutach zaczynało się robić trochę nudno, więc etap zabawy nowym bajerem powinien przejść w fazę konkretnych udogodnień podczas podróży.

A te obecnie trudno jest mi zauważyć, bo polskie prawo nie uznaje systemów półautonomicznej jazdy jako elementu, który zwalnia kierowcę z odpowiedzialności za wyrządzone szkody. Jeśli system nie zauważyłby wysepki rozdzielającej jezdnie, innego samochodu czy pieszego – tłumaczenie „ale przecież to nie moja wina!” wywołałoby jedynie uśmiech politowania ze strony policji. Ze strony agenta ubezpieczeniowego z resztą byłoby identycznie.

Zatem z czystym sumieniem systemowi temu oddać władzy nad autem nie można. Czy zatem jest możliwość pojechania na ryzyku, wychodząc z założenia „może nie natknę się na bagiety”? To też jest problematyczne, bo systemy tego typu w większości pozwalają utrzymywać samochód na pasie ruchu, ale tylko na lekkich łukach i też przy chociaż przyzwoicie widocznych pasach. Przy ostrzejszych po prostu się wyłączają, więc o ile taka półautonomiczna podróż nie przebiegałaby po autostradzie – to spotkanie z rowem nastąpiłoby na pierwszym lepszym ostrzejszym zakręcie. Nieraz nawet łagodniejsze zakręty powodują, że oprogramowanie głupieje i wykonuje nieprzewidziane, lekkie ruchy. Sytuacja ta jest wspólna we wszystkich tego typu systemach, z jakimi miałem styczność – Volvo, Mercedes, modele z grupy PSA np. DS7 Crossback.

Zatem może podczas jazdy z rękami na kierownicy te systemy są fajne, bo odciążają trochę kierowcę? Tutaj ich sens jest większy i zależy od indywidualnych preferencji – bo skoro np. niektórzy uwielbiają aktywne tempomaty, a inni ich nie lubią, to z systemami półautonomicznej jazdy powinno być podobnie. Ja zaliczam się do tej drugiej kategorii kierowców, których tego typu systemy na dłuższą metę męczą. Bo gdy jadę w trasę, mam z tyłu głowy, że wszystko zależy ode mnie. Zagapię się – skończę w rowie. Wykonam bezsensowny, ostry manewr – skończę na drzewie. Dlatego podrózując w tradycyjny sposób wiem, że wszystko ode mnie zależy. A ponieważ zderzenia z drzewem nie zawarłbym na liście „5 rzeczy które chcę zrobić przed śmiercią” – to zachowuję pełną koncentrację.

Moja koncentracja skupia się wtedy w pełni na otoczeniu i reakcjach. W przypadku jazdy w trybie półautonomicznym dochodzi jeszcze konieczność kontrolowania tego co zrobi komputer – czy nagle nie skręci tam gdzie nie powinien, czy najbliższy zakręt okaże się dla niego za ostry, a może jednak nie? Ta dodatkowy element, który muszę monitorować sprawia, że męczę się bardziej za kierownicą, nie mając z tego żadnych dodatkowych korzyści.

Dlatego system ten generalnie jest dla mnie w obecnej formie mało przydatny – poza jedną sytuacją, przytoczoną w tytule tego artykułu. Nie mam tutaj oczywiście na myśli picia napojów wysokoprocentowych, a np. wody. Niech podniesie rękę ten, kto nigdy nie pił bezalkoholowych napojów podczas jazdy. Nie widzę? Kontynuujmy zatem. Tego typu zachowanie może generować niebezpieczeństwo poprzez lekkie, niekontrolowane ruchy kierownicą. W systemami półautonomicznej jazdy nic takiego się nie dzieje, bo przez te kilkanaście sekund można oddać kierowanie elektronice i szanse, że komuś stanie się krzywda są minimalizowane.

To jest jedyna sytuacja, w której realnie te systemy mogłyby być dla mnie przydatne. Nietrudno zatem będzie zgadnąć moją odpowiedź na pytanie, czy moduły półautonomicznej jazdy mają sens. Jednocześnie nie krytykuję tych rozwiązań samych w sobie, bo rozwój technologii nie jest zerojedynkowy. Tego typu nowinki muszą się pojawiać, żeby za np. 15 lat technologia ta była dopieszczona i faktycznie pozwalała spokojnie przeglądać Wjechało podczas jazdy. Nie zmienia to jednak faktu, że obecnie widzę wiele innych rzeczy, na które lepiej jest wydać pieniądze, niż na system półautonomicznej jazdy.

Powiązane artykuły