Pierwsza jazda nowym Volvo S60 (2019) – rewolucji nie stwierdzono

Volvo modelem S90 skradło serce niejednego fana luksusowych limuzyn. Jeśli jednak dla osoby mającej odpowiednią ilość pieniędzy gabaryty S90 były za duże, to dotychczas mógł co najwyżej trenować swój palec na przycisku F5, odświeżając Google i wyczekując nowych informacji o nowej generacji S60. Teraz już takiej potrzeby nie ma, ponieważ nowy, mniejszy sedan Szwedów właśnie debiutuje na rynku w Polsce i miałem już okazję spędzić z nim kilka godzin.

Już od pierwszego rzucenia okiem na nadwozie S60, które dostałem do premierowych jazd wiedziałem, że mniejszy model bardziej podoba mi się od S90. Flagowej limuzynie tylko najwięksi fanboje niemieckich producentów premium mogliby zarzucić nieatrakcyjny wygląd – ale S60 bierze wszystko co S90 ma najlepszego, trochę to podostrza i czyni bardziej zwartym. Dla mnie nie ma obecnie ładniejszego sedana w tym segmencie.

Po zajęciu miejsca we wnętrzu poczułem się dokładnie tak jak kiedyś, gdy zasiadłem w większym S90. W paru miejscach się różniło, ale umówmy się – np. delikatna zmiana wysokości aluminiowej wstawki przed fotelem pasażera to nie jest coś, co uprawnia do powiedzenia, że mamy do czynienia z zupełnie nowym projektem. A nic więcej z nowości S60 nie oferuje. Z jednej strony – trudno jest narzekać na to, że w tańszym modelu Volvo przeszczepiło rozwiązania z droższego. Z drugiej jednak chciałbym zobaczyć chociaż lekki powiew świeżości, aby nowe modele czymś się wyróżniały, a ich design szedł do przodu. Nie stawiał kroków na ślepo, ryzykując spadnięcie w przepaść – ale delikatnie ewoluował.

Za to brak zmian w systemie inforozrywki w żaden sposób mi nie przeszkadzał, bo Volvo dopieściło ten element do granic możliwości i gdybym spotkał jakiegoś projektanta tej marki, to ciężko byłoby mi mu coś konstruktywnego odpowiedzieć na pytanie „Co byś chciał poprawić?”. O ile oczywiście nie widziałbym szans na wyperswadowanie mu, że jednak odrobinę więcej fizycznych elementów sterujących żadnego klienta ciężko by nie raniło. Bo jednak tradycyjne pokrętła np. klimatyzacji byłyby finalnie wygodniejsze niż przyciski ekranowe. Biorąc jednak pod uwagę, że reagują one na dotyk tak jak najnowsze smartfony za grubą kasę – byłaby to po prostu poprawa wrażeń z poziomu 8,5/10 na 10/10. Volvo system inforozrywki z ogromnym tabletem mającym 12,3 cali po prostu się udał.

Mniej pozytywnie oceniam dosyć specyficzny sposób sterowania komputerem pokładowym umieszczonym w elektronicznych zegarach. Oferuje on długą, ulokowaną w rogu listę pozycji przedstawiających średnie spalanie czy zasięg – mając duży ekran LCD robiący za zestaw wskaźników można było to wygodniej rozwiązać. Na to się chyba nie zanosi, bo Volvo od lat nie odświeżyło tego modułu. Nie podoba mi się też brak zapamiętywania indywidualnego trybu jazdy – po odpaleniu silnika zawsze przełącza się on na jeden z predefiniowanych. Poza tymi elementami – minimalistyczną kabinę Volvo obsługuje się w sposób bezproblemowy.

Wspominałem o tym, że design kokpitu S60 jest zbliżony do tego z S90. To samo można powiedzieć w przypadku zastosowanych materiałów. Miękkie tworzywa na desce rozdzielczej i drzwiach, włochate wykończenie boczków tunelu środkowego, aluminiowe wstawki, flaga Szwecji wszyta w oparcie fotela pasażera. To wszystko na pokładzie bohatera tego artykułu jest obecne. W paru miejscach dostrzec można trochę mniej szlachetne materiały – ale są one w tak mało eksponowanych lokacjach, że nikt o zdrowych zmysłach nie powinien się tego czepiać.

Większe różnice występują za to w dostępnej przestrzeni. Co jest w sumie zrozumiałe, bo Volvo nie oferuje w S60 w standardzie zaginania czasoprzestrzeni, więc o 23 cm krótsze od S90 nadwozie musiało jakoś odbić się na ilości miejsca. Wciąż jednak nie jest z tym źle, bo gdy ustawiłem przedni fotel pod siebie i usiadłem „za sobą”, to jako osoba mająca 185 cm wzrostu na nogi miałem jeszcze kilkucentymetrowy, bezpieczny zapas, podobnie sytuacja wyglądała nad głową. Nie były to warunki godne limuzyny prezesa, ale lepsze niż chociażby w Mercedesie Klasy C. Z tyłu S60 poważniejsze problemy miałbym jedynie siedząc centralnie, bo wtedy dokuczałby mi duży tunel środkowy.

W bagażniku ilość przestrzeni względem S90 również uległa zmniejszeniu – z 500 do 442 litrów. Odnosząc się do konkurencji można powiedzieć, że szału nie ma bo np. Audi A4 oferuje 480 litrów, tak samo jak BMW Serii 3. Różnice nie są jednak na tyle duże, by mówić o nokaucie.

A jak Volvo S60 jeździ?

Na pewno bez wydobywającego się spod maski klekotu. Nie jest to spowodowane faktem, że do testów dostałem wersję T5, czyli dwulitrową benzynę R4 o mocy 250 KM. W Volvo S60 po prostu diesli nie ma i kropka. Dostępne są tylko jednostki benzynowe, co biorąc pod uwagę fakt, że chociażby wysokoprężne D4 czy D5 (poza przeciętną kulturą pracy na wolnych obrotach) to naprawdę udane konstrukcje, z czystym sumieniem można powiedzieć „szkoda”. Diesle nie są przyszłością motoryzacji, pewnie nie dominowałyby w wynikach sprzedaży. Ale w końcu większy wybór jeszcze nigdy nikomu krzywdy nie zrobił.

Jeśli ktoś jednak i tak polowałby na benzynę w S60, to na jednostkę T5 nie powinien narzekać. Ja przynajmniej tego nie robiłem. Mając pod prawą stopą ilość pary, która pozwala rozpędzić ważący grubo ponad półtorej tony samochód od 0 do 100 km/h w 6,5 sekundy – byłoby to po prostu niestosowne. O ile moc dobrze radzi sobie z ciągnięciem ciężkiej „budy”, to wpływa na zużycie paliwa. Jazda miejska skutkowała zużyciem paliwa na poziomie 11 litrów, a gdy wyjechałem poza teren zabudowany (na miks autostrad i dróg krajowych) – S60 wypijało około 8 litrów. Wyniki przesadnie małe nie są, ale w końcu w klasie premium lament nad 10 zł wydanymi więcej przy dystrybutorze ma tyle samo sensu co próby sforsowania ogrodzenia lotniska wojskowego.

Testowe Volvo dostałem w wersji R-Design, co oznaczało usztywnione zawieszenie i trochę usportowiony układ kierowniczy. Samochodem z takimi modyfikacjami jeździło się naprawdę przyjemnie, chociaż zdecydowanie nie jest to propozycja dla fanów kanapowego komfortu jazdy. Zwłaszcza z felgami mającymi 20 cali, bo one jeszcze bardziej eksponują nierówności nawierzchni. Mnie jednak to nie przeszkadzało, bo doceniałem sporą precyzję układu kierowniczego, a zarazem jego pewną dozę dostojności – elementy dobrane w takich proporcjach, aby jazda po zakrętach sprawiała frajdę i by wciąż DNA marki zostało zachowane.

Ceny Volvo S60 na premierę startują od 165 000 zł – za te pieniądze dostać można albo usportowione R-Design, albo bardziej „cywilne” Inscription z benzynowym silnikiem T4 190 KM i automatem. W tej cenie dostajemy już pełne światła LED z przodu, 18” felgi, dwustrefową klimatyzację, elektrykę szyb i lusterek czy systemy bezpieczeństwa w postaci City Safety czy utrzymania samochodu na pasie ruchu. Jak na klasę premium przystało – możliwości konfiguracyjne są bogate, czego dowodem jest testowy egzemplarz, który kosztował 231 700 zł. Cenę podwyższała w nim skóra na fotelach, większe felgi, elektryka foteli z pamięcią, szyberdach, pakiet Intellisafe Pro z systemem półautonomicznej jazdy Pilot Assist czy ogrzewanie postojowe. Przed nazwaniem testówki „full wypasem” wzbraniał mnie brak systemu audio Bowers & Wilkins (chociaż obecny Harman Kardon też grał niczego sobie), kamer 360 stopni czy aktywnego zawieszenia.

Podsumowując – Volvo S60 nie udaje, że jest czymś więcej niż bardziej kompaktowym S90 i realnie trudno jest mieć do niego za to pretensje, bo oznacza to stylowy, świetnie wykonany i bardzo dobrze prowadzący się samochód.

Powiązane artykuły