Fabryczna nawigacja w czasach Apple CarPlay i Android Auto. Czemu wciąż ma sens?

Internet mobilny jest coraz szybszy i szeroko dostępny, smartfony są coraz potężniejsze, a aplikacje na nie cechują się coraz większym dopracowaniem. Czy zatem nadszedł czas, aby zastąpić nawigacje satelitarne wbudowane w systemy inforozrywki samochodów, integracją z telefonami przez Android Auto czy Apple CarPlay? W żadnym wypadku.

Do napisania tego tekstu skłonił mnie Mitsubishi Outlander, którego miałem okazję niedawno testować. Podwaliny pod temat tego artykułu położył z kolei Eclipse Cross, którym jeździłem w czasach „przedwjechałowych”. Oba te samochody łączyła jedna rzecz (tak po prawdzie to było ich więcej, chociażby oba były czerwone – ale wiecie o co mi chodzi): w obu przypadkach system inforozrywki pozbawiony był wbudowanej nawigacji. Był odbiornik GPS, można było sobie dokładnie sprawdzić szerokość i długość geograficzną na jakiej znajdował się samochód – ale bez znajomości dokładnych współrzędnych polskich miast nie dało się zweryfikować, czy znajdujemy się np. koło Wąchocka czy Wałbrzycha.

Można by powiedzieć jednak „oj tam, przecież można połączyć smartfona i nawigacja się pojawi”. Zgadza się – można to zrobić, ale z kilku powodów nie uważam, aby takie stwierdzenie rozwiązywało problem.

1. Nie mam Android Auto

Problem ten dotyczy tylko smartfonów z systemem od Google. iPhone’y bez problemu mogą łączyć się z samochodami obsługującymi Apple CarPlay i funkcja ta działa w Polsce od razu „po wyjęciu z pudełka”. Z Androidem sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo Android Auto od lat nie jest dostępne w Polsce. Można ściągać pliki apk z tą aplikacją i działają one bez zarzutu – jest język Polski, wszystkie moduły są aktywne. Ale wciąż konieczne jest pobranie aplikacji z nieznanego, potencjalnie niebezpiecznego źródła. Jeśli ktoś nie zwykł instalować aplikacji spoza Google Play – ma przechlapane. Jeśli ktoś nie jest „obcykany” w nowych technologiach, system inforozrywki mówi mu, że smartfon jest nieobsługiwany, a w Google Play pojawia się komunikat, że jego urządzenie nie wspiera Android Auto – też ma przechlapane.

2. Nie mam kabla

Załóżmy jednak, że z oprogramowaniem jest wszystko OK. Musimy wcześnie rano pojechać do innego miasta, jesteśmy czasowo „na styk”. Schodzimy na parking, wsiadamy do auta, sięgamy do schowka…a tam widzimy okulary, ściereczkę do szyby, ale już kabla USB nie. W przypadku samochodu z wbudowaną nawigacją nie byłby to większy problem – co najwyżej nie będzie można podładować telefonu w podróży. W przypadku Android Auto czy Apple CarPlay, taka sytuacja oznacza, że albo będziemy jechać opierając się tylko o znakach drogowych albo z telefonem z odpaloną nawigacją w ręku albo musimy wracać się do domu po kabel USB. Bo bezprzewodowo te systemy nie zadziałają.

3. Mój telefon ma zawał

Załóżmy jednak, że mamy i oprogramowanie i kabel USB. Kolejnym problemem, jaki może się pojawić jest szybkość telefonu. Smartfony Apple z tego co wiem nie mają takich problemów, ale chociażby moje Sony Xperia Z5 Compact, czyli nie jakiś model o topowej specyfikacji jak na dzisiejsze czasy, ale też nie ostatni technologiczny grzyb – już miał. Dokładnie w Eclipse Crossie, gdzie Android Auto działało dramatycznie. Z telefonu w ogóle nie dało się korzystać, do tego stopnia, że aby wejść do jakiejkolwiek aplikacji musiałem odłączać kabel USB. Muzyka się zawieszała, nawigacja haczyła, telefon parę razy rzucił komunikat o groźbie przegrzania, a bateria rozładowywała się pomimo podłączenia do samochodu, czyli do źródła ładowania.

Nie wiem co było przyczyną takiego zachowania, żywcem wyjętego z koszmaru fana nowych technologii, po którym budziłby się on zlany potem i od razu szedł sprawdzić czy jego smartfon ma wszystkie kreseczki zasięgu. W każdym razie w Outlanderze całość działała zdecydowanie bardziej znośnie – telefon był trochę przymulony, ale w pełni używalny, też się nie przegrzewał. Ale doświadczenia z Eclipse Crossa pokazały mi, że czarny scenariusz nie jest nierealny.

4. Nie mam zasięgu

Załóżmy jednak, że mamy i oprogramowanie i kabel USB i też nasz telefon jest chętny do współpracy. Wtedy z zaskoczenia może nas wziąć brak zasięgu. W okolicach dużych aglomeracji miejskich nie ma z tym najmniejszego problemu, cały czas jest przynajmniej 3G. Ale wyjeżdżając na zadupie na tereny o gorzej rozwiniętej infrastrukturze telekomunikacyjnej często pojawiają się problemy z zasięgiem, a wtedy pobieranie map zaczyna szwankować, stają się one mniej szczegółowe. Można je oczywiście ściągnąć sobie wcześniej do pamięci – ale można też o tym zapomnieć.

Mapy montowane w samochodach nie są idealne pod kątem aktualizacji. Niektóre są wręcz tragiczne pod tym względem – nie raz i nie dwa zdarzyła mi się sytuacja, w której całkiem świeży samochód prasowy miał mapę, która była spokojnie o rok do tyłu jeśli chodzi o aktualizacje. Ale w Polsce zazwyczaj buduje się nowe drogi o wysokim standardzie, z bardzo dobrym oznakowaniem. W takich sytuacjach nawet gdy nawigacja sugeruje, że jesteśmy właśnie na polu uprawnym Iksińskiego, a my jedziemy po drodze ekspresowej – da się ogarnąć, gdzie skręcić, aby dotrzeć do celu. Nawigacja jest najbardziej potrzebna podczas pokonywania dróg lokalnych, których siatka istnieje w zdecydowanej większości od dziesięcioleci. Wtedy warto jest mieć ją zawsze pod ręką i nie myśleć o tym, czy wzięło się kabel, czy ma się odpowiednie oprogramowanie, czy jest zasięg.

Dlatego traktowanie Android Auto czy Apple CarPlay jako naturalnego zamiennika wbudowanej nawigacji to moim zdaniem zły pomysł. Tam, gdzie nawigacja w ogóle nie została do samochodu przewidziana bo mamy do czynienia z budżetowym modelem, albo wymaga konkretnej dopłaty – niech zastępują je smartfony. Ale w topowych wersjach samochodów, które kosztują grubo ponad 100 000 zł, jak w przypadku SUV’ów Mitsubishi – jej brak jest dla mnie wyraźnym minusem.

Powiązane artykuły