Niech się drony rozwijają, bo właśnie tak chcę oglądać rajdy WRC

Drony pozwalają na realizację ujęć, które kiedyś były albo wymagały nieporównywalnie większego budżetu, albo w ogóle nie były możliwe – bo nie wszędzie tradycyjny helikopter z zamontowaną kamerą się zmieści. Nic nie wskazuje na to, aby nie miały one mieć coraz szerszych zastosowań, o czym doskonale świadczy film z przejazdu odcinkiem specjalnym Sebastiana Loeba.

Rzućmy na niego okiem:

Biorąc pod uwagę, że samochód po takiej trasie jedzie w dużej mierze z prędkościami grubo ponad 100 km/h, to gdybym nie położył sobie profilaktycznie na kolana miękkiej poduszki, szedłbym właśnie do apteki z zamiarem nabycia czegoś na stłuczenie podbródka i obrzęk szczęki.

Materiał z drona wyścigowego robi niesamowite wrażenie i jeszcze dobitniej pokazuje, niż ujęcia kamerzystów stojących obok trasy, jak nienormalni, a zarazem godni podziwu, ze względu na swoje umiejętności są kierowcy rajdowi. Nie mniejsze uznanie niż Loeb, wzbudził we mnie operator drona wyścigowego, który leciał swoją maszyną za rajdówką i trzymał ją całkiem skutecznie w kadrze. Nie wiem dokładnie jak bardzo – czy te dronowe akrobacje i obroty były świadomym zabiegiem czy po prostu ratowaniem się, aby zamaskować stratę obiektu z kadru.

W każdym razie nie miałbym zastrzeżeń, gdyby tego typu przedstawianie rajdowych odcinków specjalnych upowszechniło się, ponieważ ujęcia niczym z gry komputerowej są wręcz idealne do przedstawiania dynamiki tego sportu. Nawet na kamerze ulokowanej na statywie da się poczuć prędkość, z jaką poruszają się rajdówki, a przecież drony np. w WRC są obecne już od jakiegoś czasu – ale taka maszyna, lecąca przez dłuższy czas tuż za samochodem byłaby nową jakością.

Oczywiście nie jest to idealne rozwiązanie np. na gęste walijskie lasy, a to tylko jedno z wyzwań, jakie stoją przed taką technologią. I tak jednak trzymam kciuki, by sportowe drony i rajdy samochodowe lubiły się w najbliższych latach coraz bardziej.