Co słychać na granicy polsko-rosyjskiej? Mitsubishi Outlander – TEST

Czy południowe granice Polski są bezpieczne? Dostając na kilka dni Mitsubishi Outlandera po najnowszym liftingu, postanowiłem to sprawdzić i wybrać się w podróż testową ku granicy Polski z Obwodem Kaliningradzkim. Jak przebiegła podróż z Warszawy na północne rubieże naszego kraju?

Zanim o wrażeniach z jazdy opowiem, wypada odpowiedzieć na porcję pytań o Outlanderze – takich, na które ktoś zainteresowany tym samochodem chciałby poznać odpowiedź, albo chciałby, ale jeszcze o tym nie wie.

1. Co zmienił lifting na zewnątrz?

Poprzednia kuracja odmładzająca Outlandera nadeszła na przełomie 2015 i 2016 roku, wprowadzając trzęsienie ziemi w wyglądzie tego modelu. Gdyby nie to, że mówimy o samochodzie, to stwierdzenie „rodzona matka by go nie poznała” byłoby jak najbardziej na miejscu. Obecnie zmiany są zdecydowanie bardziej subtelne, bo Mitsubishi wprowadziło nowy wzór dolnych partii zderzaków, lamp, leciutko przemodelowało grill i to by było na tyle. Bez dokładnego przyglądania się zdjęciom „przed” i „po” tylko koneserzy dostrzegą zmiany.

2. Czy niewielkie modyfikacje to coś złego?

Obecna generacja Outlandera debiutowała na rynku w 2012 roku. Gdy piszę ten tekst mamy rok 2019 – czyli jak na współczesne rynkowe standardy omawiane Mitsubishi to już staruszek. Na takim etapie życia modelu diametralne zmiany nie są moim zdaniem wskazane, bo te powinny być przeprowadzane wraz z nadejściem zupełnie nowej generacji. Dlatego nie przeszkadza mi kosmetyczna poprawa wyglądu Outlandera i zdecydowanie wolę takie zmiany, niż przeszczepienie przodu Eclipse Crossa do obecnego na rynku od najazdu Hunów na Rzym 2010 roku ASX’a.

3. A co zmienił lifting w środku?

Aby dowiedzieć się tego musiałem sięgnąć do materiałów producenta, bo gołym okiem nic nie zaobserwowałem. Wyczytałem w nich, że z kwestiach stylistycznych dodano „srebrne wykończenie przycisków”. I to wszystko, więc mówimy tu o absolutnej kosmetyce. Na drzwiach dostrzec można też napisy „AUTO” na sterownikach szyb – ponieważ lifting wprowadził ten tryb nie tylko dla szyby przy fotelu kierowcy. Dodatkowo przyciski są teraz podświetlone.

Poza tym mamy do czynienia ze starym dobrym Outlanderem, czyli samochodem mającym wnętrze wyglądające na swoje lata, ale dzięki brakowi płytek dotykowych, gładzików czy innych tego typu rozwiązań – cechujące się dużą przejrzystością. Takim, którego obsługę szybko ogarnie też ktoś, kto zamiast smartfona używa na co dzień Nokii z 2007 roku, bez dotykowego wyświetlacza.

4. Jak wypada jakość kabiny?

Górna część kokpitu wykonana jest z miękkiego tworzywa, które zapewnia przyjemne wrażenia estetyczne. Niższe partie deski rozdzielczej i drzwi są już wykończone twardymi materiałami, mającymi podobną fakturę do tych, znajdujących się powyżej. Do jakości wykonania przycisków nie mogą się przyczepić, tak samo do spasowania, bo żaden element nie hałasuje ani podczas jazdy, ani podczas naciskania. Nie ma tutaj jakiegoś wyróżniającego się przepychu, ale całość robi niezłe, solidne wrażenie. Największe zastrzeżenia mam do sporej ilości fortepianowej czerni, którą utrzymać w czystości i dobrej kondycji jest równie trudno, co szczeniaczka na spacerze, na drodze gruntowej i zaraz po deszczu.

5. A czy są elementy który wyróżniają się na minus?

Niestety tak – przede wszystkim są nimi przełączniki grzania foteli, które wyglądają dramatycznie. Nie tylko same w sobie są brzydkie, ale też w ogóle nie pasują do stylu sąsiadujących z nimi przycisków sterowania napędem 4WD czy hamulcem ręcznym. Drugim archaizmem jest sygnalizator niezapiętych pasów. On też jest wątpliwej urody i nie byłoby to jeszcze problemem, gdyby ulokowany był gdzieś w mało eksponowanym miejscu np. na podsufitce, jak to często się robi. Niestety jest praktycznie w samym centrum deski rozdzielczej.

6. Czy obsługa z okolic kierownicy jest przystępna?

Tak, ale nie do końca. Przyciski znajdujące się na samym kole kierowniczym obsługują tempomat, multimedia i telefon. Są logicznie rozlokowane i nie miałem problemów z szybkim przyzwyczajeniem się do nich. Gorzej wypada kwestia sterowania komputerem pokładowym, bo przycisk za niego odpowiedzialny jest umieszczony za kierownicą. Jest co prawda duży i nie jakoś strasznie ukryty, ale i tak w Wikipedii pod hasłem „ergonomia” jego zdjęcia bym nie umieścił. Komputer między zegarami Outlandera wyświetla podstawowe informacje – spalanie, zasięg itp. – więc jeden przycisk do jego obsługi wystarcza.

7. Czy system inforozrywki ma wbudowaną nawigację?

Nie ma, a Mitsubishi w ramach zawsze aktualnego, jeśli chodzi o mapy, zastępstwa proponuje integrację z Android Auto czy Apple CarPlay. Działa to sprawnie, a odbiornik GPS wbudowany jest w samochód, więc jest mniej podatny na problemy z zasięgiem niż ten z telefonu – ale wciąż moim zdaniem fabryczna nawigacja zdecydowanie powinna się znaleźć na pokładzie, a smartfon niech robi za alternatywę dla chętnych. Temat ten rozwinąłem tutaj.

8. A jak poza nawigacją wypada funkcjonalność systemu inforozrywki?

Mamy w jego przypadku do czynienia ze standardem rynkowym – obsługą telefonu przez Bluetooth, multimediami i sterowaniem ustawieniami samochodu. Jakość obrazu generowanego przez ekran jest dobra, reakcja na dotyk umiarkowanie dobra, menu główne oparte o wygodne kafelki, poszczególne moduły ładują się szybko. Generalnie zatem system ten problemów nie sprawia, dopóki nie wejdzie się w menu ustawień – które jest mało czytelne. Głównym winowajcą jest wyświetlanie na raz tylko jednej pozycji, którą można zmienić na ekranie, więc aby dokopać się do tego co nas interesuje konieczne jest przeklikiwanie się przez listę, w dużej mierze po omacku.

9. Czy w Outlanderze z wyposażenia czegoś brakuje?

Outlander to samochód pozbawiony bajerów hi-tech, mający raczej tradycyjny charakter. Fani ekranów przeziernych HUD czy elektronicznych zegarów będą zatem mogli ponarzekać, ale dla mnie wszystko co potrzebne do przyjemnej jazdy jest. Wersja Instyle to między innymi pełne światła LED, dostęp bezkluczykowy, system audio Rockford Fosgate, pełna elektryka szyb i lusterek czy dwustrefowa klimatyzacja. Nie przychodzi mi do głowy nic, czego realnie by mi w takim Outlanderze brakowało.

10. Co to za dziwny przycisk w kabinie?

Testowany egzemplarz SUV’a Mitsubishi wyposażony jest w elektrycznie sterowaną klapę bagażnika. Jeśli ktoś nie lubi tych rozwiązań albo wkurza go, że klapa Outlandera pracuje raczej niespiesznie, może wspomniany przycisk nadusić i wyłączyć elektryczną regulację. Wtedy pokrywę otwierać można w tradycyjny sposób, łącząc siłę mięśni i teleskopów. Bardzo praktyczna rzecz, z którą w innych autach się nie spotkałem.

11. A ile miejsca jest w bagażniku?

550 litrów, z czego 477 litrów ma górna część przestrzeni ładunkowej o całkiem regularnych kształtach, a 73 litry oferowane są w formie przedzielonego na trzy równe części schowka.

12. Jak podświetlone jest po zmroku wnętrze?

Na niegryzące się ze sobą połączenie koloru białego i pomarańczowego. Szkoda, że jakiekolwiek dekoracyjne oświetlenie oferowane jest dopiero od topowej odmiany Instyle Plus – trochę urozmaiciłoby ono tę kabinę po zmroku.

12. A jak oświetlone zostało nadwozie?

Z przodu w Instyle montowane są LED’owe światła mijania i pozycyjne. Też w diodowej technologii wykonane zostały paski do jazdy dziennej, a zwykłe żarówki siedzą w kierunkowskazach. W bocznych kierunkach w lusterkach mamy LED’y, a z tyłu znowu żarówki – w tej części nadwozia diodowe są światła pozycyjne. Tam, gdzie Mitsubishi postawiło na LEDy – wyglądają one naprawdę fajnie. Przydałoby się ich jednak trochę więcej (tzn. we wszystkich kierunkowskazach), całość wyglądałaby wtedy bardziej spójnie.

13. Jak wygląda kluczyk?

Neutralnie pod kątem designerskim, więc raczej nikt nigdy na wystawę do galerii sztuki go nie weźmie. Chociaż patrząc na to, co tam się czasami znajduje to kto wie. Za to pilot może poszczycić się nieprzesadzonymi rozmiarami i masą, a także wykonaniem z solidnego, czarnego plastiku.

14. Ile jest miejsca na tylnej kanapie?

Dużo – siadając z tyłu przy 185 cm wzrostu zarówno na nogi, jak i nad głową miałem solidny zapas wolnej przestrzeni, tzn. ponad 5 centymetrów. Dodatkowo osoba siedząca centralnie nie powinna czuć się poszkodowana, bo tunel środkowy praktycznie w Outlanderze nie wystaje.

15. A ile tak wyglądający Outlander kosztuje?

Testowany samochód ma cennik stworzony tak, jak na japoński model przystało – tzn. jest kilka poziomów wyposażenia, ale możliwości personalizacji ograniczają się do wyboru koloru i akcesoriów. Testówka w drugiej od góry wersji Instyle, z dołożonym czerwonym lakierem metalik kosztowała 148 000 zł.

Trochę o Mitsubishi Outlanderze już wiadomo, czas ruszyć w drogę…

Punktem startowym wyprawy za kierownicą Outlandera była kwatera główna Wjechało, czyli Warszawa. Czekała mnie długa droga, przy niezbyt jeszcze długich marcowych dniach – dlatego postanowiłem wyruszyć o poranku. Wyjazd z Warszawy w sobotę o 7:30 można opisać na różne sposoby: „szybki”, „przyjemny” „dajcie mi rękawicę nieskończoności Thanosa, chcę tak jeździć codziennie”. Na pewno jednak nie można powiedzieć o nim, że jest miarodajny pod kątem sprawdzania zużycia paliwa w warunkach miejskich – gdy Warszawa przypomina miasto duchów.

Dlatego pojeździłem Outlanderem po mieście w inne dni, które z nim spędziłem. Układ napędowy testówki to wolnossący silnik benzynowy 2.0 150 KM, 4WD i bezstopniowa skrzynia CVT. Ta kombinacja podczas normalnej jazdy po mieście, w dosyć dużym ruchu ulicznym spalała około 8,5-9,5 litra.

Poranny, weekendowy wyjazd ze stolicy zaowocował za to zużyciem paliwa równym 7,1 litra. Pomiaru dokonywałem na dystansie kilkunastu kilometrów, po których wjechałem na drogę ekspresową S8, która miała doprowadzić mnie aż do Ostrowi Mazowieckiej. W takich warunkach Outlander czuł się wybornie, bo do jazdy typowo miejskiej, nie jest on moim zdaniem idealnym wyborem. Przez regularne kształty nadwozia jak na dużego SUV’a można wyczuć go całkiem nieźle na parkingu, ale gabarytów się nie oszuka.

Z kolei na drodze ekspresowej dało o sobie znać solidne wyciszenie kabiny, komfortowe zawieszenie, a także dobre zachowanie przy wysokich prędkościach. Outlander z 150 KM pod maską, przy swojej masie, nie jest samochodem zbyt dynamicznym i odczuć to można szczególnie podczas szybszej jazdy. Gdy jednak model ten osiągnie pożądaną prędkość, to obojętnie czy jest to 120 czy 140 km/h – nie odnosi się w żaden sposób wrażenia, by utrzymanie jej sprawiało mu jakiś problem, przez co 90 kilometrów na S8 za kierownicą tego samochodu było odprężającą częścią podróży. Samochód osiągnął w takich warunkach spalanie równe 8,9 litrów, przy średniej prędkości 116 km/h.

Zjazd z S8 na DW677 od razu przypomniał mi, jakie są uroki dróg jednojezdniowych, bo przede mną pojawiła się trudna do pozbycia się ciężarówka. Inne samochody starały się ją wyprzedzić w mniej lub bardziej zgodny z przepisami sposób, siedziały jej na ogonie, wychylały się. Ja jednak nie czułem specjalnie takiej potrzeby. Wpływ na to miał charakter samochodu – Outlander jest modelem, który w każdym elemencie premiuje spokojną jazdę. Nie jest zbyt dynamiczny, ma miękkie, bardzo wygodne zawieszenie, a układ kierowniczy jest neutralnie zestrojony, przez co przebywanie w tym aucie po prostu rozleniwia. Zachęca podczas takich jak moja, rekreacyjnych wycieczek, do podziwiania widoków i cieszenia się jazdą – nawet za ciężarówką.

Nie można jednak całego życia spędzić za TIRem, więc zabrałem się za jego wyprzedzanie, później jeszcze „łyknąłem” parę innych wolniejszych samochodów. Nie czułem wtedy, że silnik testowanego Mitsubishi chce utrudnić mi życie, ale takie manewry w Outlanderze wymagały trochę planowania i dłuższej prostej, bo o żadnym katapultowaniu się po wciśnięciu gazu do oporu nie było mowy – generalnie nie jest to samochód dla osób z dużym temperamentem za kierownicą.

Winowajcą w tej kwestii po części jest bezstopniowy automat CVT, który nie reaguje natychmiastowo na chęć ostrego przyspieszania. Nawet Mitsubishi przyznaje, że nie jest on superszybką konstrukcją, bo względem manualnej skrzyni według katalogu Outlander z CVT przyspiesza do 100 km/h o 2,4 sekundy wolniej. Bezstopniowa skrzynia dodatkowo zapewnia monotonny, wątpliwie przyjemny dźwięk silnika trzymanego na wysokich podczas przyspieszania. Ma ona co prawda symulację biegów, ale działa ona głównie podczas przyspieszania z gazem w podłodze, a i nawet wtedy monotonny dźwięk się pojawia, więc przyspieszanie jest w tym samochodzie mało satysfakcjonujące. Za to przekładni muszę oddać to, że jest idealnie płynna. Pasuje zatem do charakteru Outlandera – do szaleństw na drodze się nie nadaje, ale do spokojniejszej jazdy jak najbardziej.

Gdy przede mną pojawiła się pusta nitka asfaltu, bez innych samochodów, wraz z nią wyszło słońce. DW677 nie jest drogą zapadającą za bardzo w pamięci pod kątem geometrii, jednak muszę przyznać, że ma ona swoje momenty, gdy jedzie się wokół rozpościerających pól uprawnych. O ile nie poleciłbym jej nikomu jako miejsca docelowego dla wyprawy w poszukiwaniu najlepszych dróg w Polsce, to jako część trasy – już jak najbardziej. W Łomży wjechałem na DK61, a po skręceniu w Grajewie na DK65 na mapie pojawiła się linia wskazująca granice województwa warmińsko-mazurskiego. Wjazd na jego teren nie sprawił jednak, że poczułem się jakbym przekroczył bramy motoryzacyjnego raju. Pojawiło się trochę więcej zakrętów, trochę więcej obszarów leśnych, tereny zabudowane nie były zbyt częste – ale wrażenia z jazdy były podobne, jak w przypadku wcześniejszej podróży po DW677. Dojeżdżając do Ełku spojrzałem na zresetowany w Ostrowi Mazowieckiej komputer pokładowy. Na dystansie 134 kilometrów, przy średniej prędkości 69 km/h, spalanie wynosiło równe 7 litrów i na wyniki w takich okolicach wypada liczyć jeżdżąc Outlanderem normalnie, po nie ekspresowych drogach pozamiejskich.

Za Ełkiem w końcu zacząłem czuć mazurski klimat – ruch był coraz mniejszy, pojawiło się więcej zakrętów które mógłbym zaklasyfikować jako fajne, też partii gdzie teren zaczął się wyraźniej podwyższać lub obniżać. Im bliżej było Gołdapi, tym robiło pod tym kątem lepiej – chociaż wciąż nie było to coś, co mogłoby się równać z drogami w okolicach Szczytna, Olsztyna i Olsztynka. Finalnie zatem DK65 oceniam jako dobre miejsce do podziwiania widoków zza kierownicy, cieszenia się kontaktem z przyrodą. Dla fanów ciekawych i stanowiących wyzwanie partii zakrętów nie jest to zbyt dobry adres.

Za to dla Outlandera wręcz przeciwnie, ponieważ do takich dróg jest on po prostu stworzony, co poskutkowało u mnie brakiem jakiegokolwiek zmęczenia czy dyskomfortu, pomimo spędzenia „w siodle” niemal pięciu godzin non stop. Poza zawieszeniem i wyciszeniem, o których wspominałem wcześniej, wpływ na to miały dosyć miękkie, bardzo wygodne fotele.Celem mojej podróży było przejście graniczne w ciągu DK65, zatem w Gołdapi skręciłem w lewo, na DW650 prowadzącą do Węgorzewa. Okazała się ona najlepszą pod kątem drogowym częścią wyprawy ku granicom Polski. Nie idealną, głównie ze względu na dosyć licznie występujące tereny zabudowane – ale i tak cechującą się kilkoma świetnymi partiami zakrętów.

Tutaj w końcu mogłem sprawdzić z jakiej naprawdę gliny ulepiony jest Outlander pod kątem prowadzenia. Opór stawiany przez kierownicę jest w tym samochodzie umiarkowany, ale wystarczający, aby w trochę szybciej pokonywanych zakrętach nie mieć obaw o przypadkowe ruchy nią. Tym bardziej, że praca układu kierowniczego jest odpowiednio wygładzona, co jeszcze minimalizuje szanse na jakiekolwiek niestabilne zachowanie samochodu – ogranicza to bezpośredniość układu kierowniczego, ale nie na tyle, by mogło to przeszkadzać.

Ogólnie wszystko zależy tutaj od oczekiwań – ja podchodziłem do Outlandera rozsądnie wiedząc, że duże SUV’y zachowują się w zakrętach „wielorybowato” i nie spodziewając się nie wiadomo czego. Z takim nastawieniem zakręty DW650 pokonywało mi się przyjemnie. Nie starałem się jednak ciągle testować granic możliwości tego samochodu, chociażby ze względu na pracę zawieszenia. Jest ono zestrojone miękko, przez co skutecznie i trochę falująco wybiera nierówności. Konsekwencją takiej charakterystyki są jednak przechyły nadwozia, które podczas normalnej jazdy nie przeszkadzają, ale skutecznie zniechęcają do podostrzania charakteru podróży.

W Węgorzewie skręciłem w prawo na DK63, kończącą się ślepo przy granicy z Rosją. Droga tam prowadząca jest całkiem przyjemna do jazdy, bogata w zakręty, praktycznie z zerowym ruchem. Jednak dosyć kiepska nawierzchnia i konieczność zawrócenia przed granicą sprawiały, że raczej nikomu nie poleciłbym jazdy nią – chyba, że chce zobaczyć specyficzny drogowy styk Polski z Rosją.

Muszę przyznać, że dojazd w takie miejsce i znajdowanie się dwa kroki od granicy z innym państwem było dla mnie ciekawym i też trochę dziwnym doświadczeniem. Bo niby trawa taka sama, drzewa też, żadnego muru nie ma – a iść dalej nie można.

Samochód, który mnie w to miejsce doprowadził wywiązał się ze swojego zadania bardzo dobrze. Bohater tego testu to specyficzne auto. Jak przyznała osoba mająca dużą styczność z Mitsubishi, z którą kiedyś rozmawiałem – jest to „typowy tatowóz”. W pełni się z tą opinią zgadzam i jednocześnie nie postrzegam tego jako coś złego, bo Outlander jest spójny w swoim statecznym charakterze i niczego nie udaje. Jeśli ktoś szuka nowinek hi-tech, mocnego silnika i zachęcającego do ostrej jazdy układu kierowniczego – to zdecydowanie nie jest propozycja dla niego. Jeśli ktoś poszukuje za to przede wszystkim prostego i oldschoolowego SUV’a, a przy okazji przestronnego, który niczym nie zaskoczy w codziennym użytkowaniu i ponadprzeciętnie komfortowego – nie powinien być wyborem Mitsubishi zawiedziony.