Otwarta Marynarska czyli koniec festiwalu korków i kłamstw

Zagłębie biurowe w Warszawie, zwane Mordorem generalnie nie jest zbyt przyjemnym miejscem do jazdy – co przyzna na pewno niejeden jego pracownik, czekający kilkadziesiąt minut, aby w ogóle wyjechać z parkingu swojego biurowca. Ostatnio jednak nawet dla osób, które tylko chciały tranzytowo przejechać przez te okolice – było to miejsce jak z horroru. W końcu przestało nim być.

Ul. Marynarska w Mordorze nie miała szczęścia od zarania dziejów. Zaczęło się od budowy estakady na rondzie Unii Europejskiej, która łapała opóźnienia, a jej budowa generowała duże korki. Później rozpoczęła się budowa węzła z drogą ekspresową S79 – kolejne prace, kolejne korki. Aż w końcu rozpoczął się ostatni akt budowlanego koszmaru tej okolicy – przebudowa samej Marynarskiej.

Przebudowa, która już na starcie miała problemy, bo miasto nie mogło na czas przejąć części działek leżących przez drodze ekspresowej od GDDKiA. Nie przeszkadzało to jednak rozpocząć pierwszych prac budowlanych i pogorszyć przepustowości tej ulicy. Później pojawiły się problemy z sieciami podziemnymi. Część instalacji nie była oznaczona na planach, a robotnicy nie mogli wyjść z założenia „Mietek, podaj siekierę. Mam tu taką czerwoną rurę, stuknę ją kilka razy i zobaczymy co się stanie”. Zatem trzeba było czekać – dotknęło to nie tylko kierowców, ale i użytkowników tramwajów, które przez opóźnione przekładki instalacji podziemnych, były niedostępne jeszcze dłużej, niż przewidywano. A i bez problemów z przekładkami inwestycja z nimi związana nie byłaby ukończona w terminie.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść

W sierpniu 2018 roku wykonawca wylał asfalt na jezdni północnej i zapowiedział, że zwęzi Marynarską z dwóch, do jednego pasa ruchu w każdą stronę – aby szybciej dokończyć budowę nitki południowej. Jak to ładnie mówiono „poszerzyć front robót”. Ze wszystkich lokalnych mediów, które przekazały tę informację mieszkańcom, wynikał spójny komunikat (potwierdzany przez urzędników): warunkowo pozwalamy zamknąć jezdnię na miesiąc, wykonawca spręża się jak powietrze w kompresorze na stacji benzynowej i wraz z pierwszym dzwonkiem we wrześniu ciąg główny jest gotowy.

Okazało się jednak, że zwężenie wcale takie tymczasowe nie było, bo utrzymywało się przez kolejne… 10 miesięcy i powodowało korki paraliżujące całą okolicę – na szczęście tylko w jedną stronę, bo zrobiono je w formacie 2+1. Tam, gdzie były dwa pasy ruchu (na zachód), dało się jeździć. Tam gdzie był jeden (na wschód), nastało piekło. Takie, przez które Mordor z książek Tolkiena dla warszawskich kierowców wcale nie jawił się jako tak nieprzyjazne miejsce, co ten lokalny. Czymże jest w końcu okazjonalny wpier… od orka w porównaniu ze stratą godziny w samochodzie, dzień w dzień przez wiele miesięcy?

Oto bowiem cztery pasy długich, w większości bezkolizyjnych dróg, zamieniały się w jeden. Przy dużym ruchu sprawiało to, że praktycznie o dowolnej porze dnia przejazd przez Marynarską w kierunku wschodnim oznaczał kilkanaście (optymistycznie) lub kilkadziesiąt (realistycznie) minut stania w powoli sunącym korku. Nie przesadzałem mówiąc o dowolnej porze, ponieważ ostatnio czekałem tam 25 minut w sobotę o 14:00 – czyli w godzinie, która z komunikacyjnym szczytem ma tyle wspólnego, borsuki z badaniami antymaterii. Dopiero przejazd po 21:00 gwarantował pokonanie Marynarskiej w miarę sprawnie.

Jawne oszustwo informacyjne – albo przynajmniej srogie niedoprecyzowanie – irytowało tym bardziej, że na budowie nie działo się nieraz zbyt wiele. Kierowcy czekający kilkadziesiąt minut w korku mogli dokładnie obserwować dwóch albo trzech pracowników, kręcących się po budowie. W grudniu 2018 roku nastąpiła mobilizacja, wszystko miało być gotowe wraz z nowym rokiem. Taksówki wiozące imprezowiczów sylwestrowych miały mknąć przez Mordor trzypasmówką. Jak można było się domyślać – terminu nie udało się dotrzymać. Znowu w mediach pojawiły się niedementowane przez nikogo komunikaty, że „zabrakło kilku dni”.

Trudno jest w to obecnie uwierzyć, skoro sezon budowalany zaczął się w połowie marca, a ulica jest oddawana do użytku więcej niż miesiąc po tym okresie. Jakkolwiek by liczyć – ponad 30 dni to nie „kilka”, a na budowie na wiosnę 2019 naprawdę dużo się działo, więc ciężko byłoby prace przyspieszyć np. pięciokrotnie. W końcu jednak wszystko dobrze się skończyło i znowu przez tę część miasta można jeździć normalnie. Komfortowo jak nigdy, bo do dyspozycji są 3-4 pasy w każdą stronę. Organizacja ruchu nie jest jeszcze w 100% ostateczna, bo na oddanie wciąż czeka wiadukt w ciągu ulicy Postępu. Najgorsze jednak już za kierowcami. Chwilę minie, zanim usunę z głowy czarny punkt w Warszawie, przy którym od razu pojawiała się myśl „unikać jeśli tylko to możliwe”. Całe szczęście, że w końcu mogę to zrobić.

Powiązane artykuły